wtorek, 14 marca 2017

pseudo-recenzja filmu - "Doom"

Dlaczego "pseudo-recenzje"? Dlatego, że nie próbuję udawać, że to pełnoprawna recenzje i że ja jestem pełnoprawnym recenzentem. Nie znam się na tym, więc nie będę Wam wciskał kitu, że jest inaczej, ale piszę je, by przedstawić mniej lub bardziej znane, według mnie godne uwagi, filmy, seriale, książki, gry czy komiksy.
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do czytania,
graf zer0.

Tytuł: „Doom”
Reżyser: Andrzej Bartkowiak
Scenariusz: Wesley Strick, Dave Callaham
Gatunek: Horror, akcja
Premiera: 21 października 2005 (Polska), 20 października 2005 (świat)
Główne role:  Dwayne Johnson jako „Sierżant”, Karl Urban jako John „Reaper” Grimm, Rosamund Pike jako Dr Samantha, Deobia Oparei jako „Destroyer”, Ben Daniels jako „Goat”, Razaaq Adoti jako „Duke”, Richard Brake jako Portman, Al Weaver jako „Mały”

Wychodzę z założenia, że do każdego filmu, serialu, książki, komiksu czy gry powinno podchodzić się w odpowiedni sposób zależnie od gatunku. I tak jak spodziewam się, że komedia będzie mnie śmieszyć, tak nie oczekuję głębokiej i zawiłej fabuły po filmie akcji. Dzięki temu można się mile zaskoczyć, a i nie grozi nam rozczarowanie.
„Doom” dał mi dokładnie to, czego oczekiwałem.

Zarys fabuły: Początkowo niewiele wiadomo. Mars, przeprowadzane są jakieś badania, potem naukowcy uciekają, gdyż coś ich goni. Na Ziemi ogłoszony został kod czerwony, zwołano grupkę marines, których wysłano na Czerwoną Planetę. Cel jest prosty: znaleźć sześciu naukowców i zabezpieczyć wyniki ich badań. Ale jak można przewidzieć, nie ma tak łatwo.
Zwroty akcji są tutaj często.
Ten film to idealny przykład tego jak działa strzelba Czechowa. Wszystko, co się tylko pojawi, prędzej czy później zostanie wykorzystane, więc starajcie się nie zapominać o poszczególnych przewijających się w filmie postaciach. Potrafią zaskoczyć.
Z czasem wychodzi, że niektóre rzeczy mają swoją drugą, mroczniejszą stronę. Ludzie też.

Kreacja bohaterów: Dwayne Johnson dobrze wcielił się w rolę przywódcy oddziału. Jest twardy, jest męski, bezwzględnie egzekwuje prawo, że niesubordynacja karana jest śmiercią. Idealny żołnierz, który chce wykonać zadanie za wszelką cenę. Kontrast dla jedynej ważnej żeńskiej postaci, granej przez…
Rosamund Pike — jej gra aktorska ogranicza się do wyrażania słabości płci pięknej. Naprawdę. Na jej twarzy ciągle widać strach. Na szczęście jednak nie krzyczy i nie płacze histerycznie. Oprócz kobiety jest także naukowcem i jak na takiego przystało, głównie siedzi w laboratorium i bada, przy okazji dochodząc do kilku ważnych wniosków, które mają duże znaczenie dla fabuły. Trochę to jest zabawne, szczerze mówiąc. Robią coś poza laboratorium, potem wracają do niego, dowiadują się czegoś istotnego, potem znowu gdzieś idą coś zrobić, wracają i znowu czeka na nich ważna informacja.
Karl Urban —dowódca powiedział mu, żeby został, ale ten nie posłuchał. Dowódca zapytał go, czy będzie sprawiał problemy, ten odpowiedział, że nie, ale i tak sprawiał. Nie zawsze zgadza się z przełożonym, przez co z czasem pojawiają się mniejsze lub większe konflikty na linii przywódca-przydupas podwładny. Zagrany dość nieźle, zdecydowanie główny bohater.
Reszta drużyny i postaci to tak naprawdę tło dla tego trio. Coś tam powiedzą mądrego, pokłócą się, pożartują (jest kilka humorystycznych sytuacji i zabawnych tekstów), ale większość z nich występuje tylko po to, by w odpowiednim momencie umrzeć. To nie spoiler; motyw ginących członków drużyny jest widoczny od samego początku.

O filmie: do końca pierwszej połowy „Doom” wydaje się być horrorem i to nawet niezłym. Sporo chodzenia, sporo ciemnych pomieszczeń, latarki (o tym później), hałasy, nagłe poruszenie w ciemności, trochę strzelania po ścianach, bo przecież dobrze wyszkoleni marines nie potrafią trafić w uciekające „coś”. Jak już poniekąd ogarną co jest grane na Marsie, zaczyna się akcja. Pif, paf, w ruch idą karabiny, oczywiście bardzo duże, bo żołnierze także są duzi, czasem zdarzy się, że zostanie rzucony granat. W paru momentach dochodzi do walki wręcz: jedna była całkiem śmieszna; duży Murzyn kontra jeszcze większe „coś” i aż dziwne, że ten pierwszy nie wygrał. Czarni to tak wytrzymałe sukinkoty, że kilkukrotne uderzenie plecami w ścianę z ogromną siłą nie robi na nich wrażenia i dalej mogą walczyć. Druga była zaś przesadzona i przypominała mi trochę walki z filmów z Brucem Lee, ale na szczęście jest to uzasadnione fabularnie i może się podobać.
Najważniejsze! W pewnym momencie pojawia się scena wzięta żywcem z FPS’a (First Person Shooter, gatunek gier), kiedy „Sierżant” sięga po mega-duper-broń-ostateczną-na-bossa i z niej korzysta. Stwierdziłem, że to bardzo fajny motyw i chętnie zobaczyłbym film akcji nakręcony z pierwszej osoby. Moje życzenie spełniło się połowicznie, bowiem w późniejszej części dostałem… całą sekwencję! Brakowało tylko znanego z gier paska z amunicją i punktami życia. Zdecydowanie na plus.
Niestety, nie ma wątku miłosnego, jakże potrzebnego w tego rodzaju filmach.
Nazbyt często wykorzystywane są półzbliżenia, najczęściej przy dialogach. Wprowadza to swego rodzaju dynamikę, ujęcia są krótkie, trwają maksymalnie kilka sekund. Oczywiście nie zawsze, ale rzuciło mi się to w oczy.

Nielogiczności, które wychwyciłem: Wynaleźli technologię, która pozwala teleportować się z Ziemi na Marsa, ale nie potrafili stworzyć żadnych porządnych pancerzy chroniących tyłki żołnierzy? Brak hełmów z noktowizją i podglądem z zamontowanych kamerek (taki bajer wykorzystany był w „[REC] 2”, że członkowie oddziału widzieli obraz widziany przez pozostałych), a zamiast tego latarki, w których wyczerpują się baterie? Nie zauważyłem także celowników laserowych.
Na Marsie coś albo ktoś zabija naukowców et cetera? Wyślijmy oddział marines, którego liczebność nie przekracza dziesięciu członków! Po co więcej? W sumie nie powinienem się czepiać, bo w grze jest tylko jeden koleś, więc…
Wspomniana już scena walki czarnoskórego żołnierza z czymś większym. Mam po prostu uczulenie na mega odporność na ciosy i nic na to nie poradzę.
Więcej rzeczy nie pamiętam.

Ogólnie: to najlepsza ekranizacja gry jaką do tej pory obejrzałem. Próby przeniesienia „Hitmana” na duże ekrany to dwie duże pomyłki, seria „Resident Evil” również rozminęła się z grami, o czym może kiedyś napiszę. „Warcraft”… widać było, że ekranizacja to dopiero pierwsza część czegoś większego, więc pozostało czekać. O co mi chodzi? O to, że za takie filmy biorą się zazwyczaj ludzie, którym nie po drodze z grami; nie czują ich, nie zawsze rozumieją. Bo wspomniany „Hitman” to cichy zabójca, a film to kolejny film akcji.
Z „Doomem” sprawa jest o tyle prostsza, że gra jest także przepełniona akcją. I tu mnie dziwi, że film w połowie przypomina horror, ale taka najwidoczniej była wizja reżysera. Oczekiwałem filmu akcji, dostałem film akcji, zostałem także pozytywnie zaskoczony z sekwencją pierwszoosobową.
Więc jeśli macie ochotę na trochę niezbyt angażującej emocjonalnie rozrywki, zdecydowanie polecam. Przyjemne kino akcji.

12 komentarzy:

  1. Nie wiem czy to wstyd, czy nie, ale nie oglądałam jeszcze Dooma. Może nie jest to mój ulubiony gatunek filmu, ale od czasu do czasu lubię po nie sięgnąć. I chyba nawet jakoś tak od lat sobie powtarzam, że w końcu przyjdzie na niego pora... na pewno zachęca mnie nieco bardziej fakt porównania klimatu (przynajmniej w połowie) charakterystycznego dla horrorów, które bardzo lubię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobraź sobie, że ja nie wiedziałem nawet, że taki film istnieje. Nie interesuję się zbytnio ekranizacjami gier, bo rzadko kiedy są dobre, niestety.
      Ale „Dooma” zdecydowanie warto obejrzeć, jeśli pod ręką nie ma niczego lepszego.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń
  2. Twoje pierwotne założenie wydaje mi się mega słuszne - do wszystkiego podejść trzeba nieco inaczej, tak, żeby docenić to, co zostało wyeksponowane:p Pamiętam, jak dawniej się w Dooma pykało, więc i mogę pozwolić sobie chyba na obejrzenie filmu, tym bardziej, że pod względem opisanej przez Ciebie akcji zdaje się idealny na jakiś piątkowy wieczór:p Natomiast co do RE się nie zgodzę, gdyż akurat ta seria również coś w sobie ma - brak przesadnego intelektualizowania i udawania na siłę czegoś, czym nie jest:p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poniekąd jestem też pesymistą i wolę nie oczekiwać zbyt wiele po czymkolwiek. Potem albo nie jestem zawiedziony, albo jestem mile zaskoczony. Plus warto dobrać lekturę/seans pod swoje upodobania.

      „Doom” zdecydowanie nie jest wymagający intelektualnie, więc to idealny, odmóżdżający film po ciężkim dniu w pracy.

      No tak, tylko że „Resident Evil” to horror. Z czasem pojawiło się więcej elementów survivalu niż horroru i mówię tutaj o grach. Filmy zaś od razu poszły w stronę survivalu, czyli walk z masą zombie, dlatego twierdzę, że ekranizacja jest słaba.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń
    2. W pierwszym elemencie masz masę racji, podpisuję się rękoma i nogami pod Twoimi słowami:p natomiast też wchodząc w polemikę to pewnie wiesz, że generalnie próba przekładu z jednego poziomu (np. jak w wypadku ekranizacji) na drugi często rządzi się swoimi prawami. RE czerpie garściami z pierwowzoru, ale też w jakiś sposób stara się go rozwinąć, podążając w stronę rozwałki, ale widać w tym jakąś konsekwencję - przynajmniej patrząc w stronę pierwszej części, gdzie jeszcze ta rozwałka jest stosunkowo okrojona:D pozdrawiam również!

      Usuń
    3. To już zależy od osobistych preferencji. Ja od ekranizacji oczekuję, że będzie miała wiele wspólnego z pierwowzorem. Dlatego spodobał mi się „Doom” i „Warcraft” i dlatego nie polubiłem „Hitmana” ani „Resident Evil” pod względem zgodności z oryginałem. Same filmy były średnie, ekranizacjami były zaś słabymi.

      Usuń
  3. Filmu jeszcze nie oglądałam, jakoś tak zaniedbuję tą formę rozrywki. :) Postaram się to nadrobić. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobnie. Filmy oglądam głównie z dziewczyną, ale że studiuje w innym mieście, wspólne seanse zdarzają się niezbyt często.
      Czasem uda mi się coś samemu obejrzeć, ale przyznam szczerze, że zdecydowanie wolę przeczytać książkę, niż obejrzeć film.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń
  4. Nie widziałam filmu Doom i muszę przyznać, że głównie z powodu, o którym piszesz na końcu: ekranizacje gier zazwyczaj są do bani. A już jak pomyślałam o ekranizacji gry, w której w zasadzie wszystko co widać to pistolet i lekko rozpikselowane potwory to zupełnie odechciało mi się kupować bilet do kina.
    Chociaż np. na WorCrafta poszłam z sentymentu i nie zawiodłam się. Spodziewałam czegoś strasznego, a wyszłam z kina mile zaskoczona i naprawdę czekam na kolejne części. Może nie było to arcydzieło, ale na pewno plasuje się w ścisłej czołówce filmów na podstawie gier :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie przez swoją prostotę „Doom” jest moim zdaniem jedną z najlepszych ekranizacji gier. Tak naprawdę nie było tutaj niczego, co można było zepsuć.

      „Warcraft” chciał poruszyć zbyt wiele wątków naraz, ale, jak już napisałem, to na pewno jest wstęp do czegoś większego. Może doczekamy się trylogii? Potencjał jest duży, a ja chętnie obejrzałbym kolejny film w tym uniwersum.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń
  5. To zdecydowanie mój gatunek, oglądam już niedługo!

    OdpowiedzUsuń

W sieci zanotowano wiele anonimowych wejść. Zostaw komentarz, by system mógł zacząć proces autoryzacji.