środa, 22 marca 2017

pseudo-recenzja książki - Stephen King "Komórka"

Pana Stephena Kinga można albo lubić, albo nienawidzić. Nie spotkałem się jeszcze ze stanem pośrednim, z osobą, której podoba się zaledwie część jego książek. Może po prostu poznałem zbyt mało osób?
Nie ukrywam, że ja bardzo lubię twórczość Kinga. Oczywiście nie przeczytałem wszystkiego, co wydał, ale nie zawiodłem się na tych powieściach i opowiadaniach, które miałem w swoich rękach. Najbardziej imponuje mi fakt, że pan Stephen próbuje różnych gatunków i że w każdym bardzo dobrze sobie radzi, przynajmniej moim skromnym zdaniem.
Nie można ukrywać, że używane przez niego motywy nader często są powtarzane. Chociażby to, że pan Stephen przeżył wypadek samochodowy, czego ślady widać w naprawdę wielu utworach. Nie wiem, czy ma jakiś fetysz do większych kobiet, ale te także się często pojawiają. Podobnie z raczej biednymi rodzinami, ledwo wiążącymi koniec z końcem. To całkiem niezły kontrast dla tych wszystkich romansów, w których praktycznie każdy jest piękny i bogaty. U Kinga nie ma tak kolorowo. Szczęśliwych zakończeń zaś jest na lekarstwo; zazwyczaj wszystko kończy się źle. Taki urok.
Ale po co to wszystko piszę? Czy Stephen King napisał coś, co można zaliczyć do science fiction?
Owszem.

„Komórka” to powieść postapokaliptyczna, przynajmniej ja bym ją tak sklasyfikował.
Na tylnej okładce książki można przeczytać: „Autor komiksów Clay Riddell właśnie podpisał korzystną umowę wydawniczą, kiedy w Bostonie rozpętało się piekło. Ulice zapełniają się bełkoczącymi, rzucającymi się na siebie bez powodu ludźmi, pojazdy wjeżdżają w przechodniów i w budynki, a z nieba spadają samoloty. Szaleństwo ogarnia każdego, kto odebrał telefon komórkowy. Tajemniczy sygnał wyzwala agresję i destrukcyjne skłonności tkwiące w ludziach. W ogarniętym chaosem świecie rozpoczyna się bezlitosna walka o przeżycie.”
Opis niezbyt dokładnie oddaje to, co zostało przedstawione w powieści, ale od początku.
Głównym bohaterem rzeczywiście jest Clay Riddell, który właśnie podpisał umowę wydawniczą. Akcja również rozpoczyna się w Bostonie i rzeczywiście rozpętało się piekło. Powodem był Impuls. Każdy, kto tego i późniejszego dnia odebrał telefon, zamieniał się w swego rodzaju zombie. „Przemienionych” interesowało tylko to, żeby zrobić krzywdę osobie w najbliższym otoczeniu. A gdy ta padnie trupem, zająć się następną. I tak bez przerwy.
Przestraszony Clay początkowo stara się znaleźć schronienie, by tam przez chociaż chwilę pomyśleć o otaczającym go chaosie i by spróbować zrozumieć. Przy okazji poznaje Toma i Alice, z którymi zamierza się trzymać. W grupie raźniej, prawda?
I bohaterzy są właśnie najważniejszą zaletą „Komórki”. Brak tutaj typowych twardzieli, którzy niejedno widzieli i niejedno przeżyli, którzy są weteranami wojny w Afganistanie czy wcześniejszych, którzy potrafią z zamkniętymi oczami rozłożyć broń na poszczególne części, wyczyścić, a potem z powrotem złożyć.
Cała trójka, Clay, Tom i Alice to ludzie z krwi i kości, nie udają nawet, że zaistniała sytuacja ich nie rusza. Claya dręczy myśl, czy jego syn tego felernego dnia miał przy sobie telefon komórkowy. W końcu nie chciałby, żeby jego potomek zamienił się w jednego z nich. Dotarcie do Kent Pond, w którym zostawił malca i swoją żonę to jego główny cel, a nie jakaś tam bezlitosna walka o przeżycie. Tom natomiast ma problem z zostawieniem swojego… kota. Obawia się, czy futrzak da sobie radę w takich czasach. A Alice, jak to nastolatka, nie jest zbyt silna psychicznie i nieraz zdarza jej się załamać.
W czasie wędrówki napotkają na wiele różnych osób. Z jednymi zwiąże się na dłużej, z drugimi niekoniecznie.
I to było dla mnie największe zaskoczenie. Sposób w jaki nieznajomi odnoszą się do siebie.
Chociażby w takim serialu „The Walking Dead”, którego recenzja także się kiedyś pojawi, sezon po sezonie, spotkanie kogoś obcego w większości przypadków kończyło się próbą odebrania przedmiotów albo życia. Ludzie zamiast połączyć siły i razem zająć się problemem zombie, woleli działać w mniejszych grupach i zabijać się nawzajem. Tym bardziej zdziwiłem się, że w „Komórce” jest zupełnie inaczej… do pewnego czasu, ale to uzasadniono fabularnie. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów dotyczących fabuły, bo ta jest naprawdę niezła i zdecydowanie warta poznania.
Poszukiwania syna to jedno. Pojawia się także zagadka w postaci napisów, których treść zawsze jest taka sama. „Kashwak = Ni-Fo”. Nie dam żadnych wskazówek, spróbujcie sami rozwiązać, co to w ogóle znaczy. Przyznam, że mnie się nie udało, chociaż rozwiązanie jest banalnie proste.
Tematowi „komórkowców” należy się rozwinięcie, tym bardziej, że ci zdecydowanie różnią się od typowych zombie. Niby także chcą zabić wszystko, co się tylko rusza, włącznie ze zwierzętami, ale przynajmniej ich nie jedzą jak ich martwi pobratymcy. I z czasem zmieniają się w coś zgoła innego niż bezrozumne stworzenia. O tym musicie jednak przekonać się sami, bo to też całkiem ciekawa sprawa.
Na początku  wspomniałem o tym, że King często korzysta z niektórych motywów. Tutaj także się pojawiają. Jest wypadek samochodowy, są grubsze kobiety, jest stan Maine, być może znajdzie się także polski akcent, jak w kilku innych powieściach/opowiadaniach, nie pamiętam już. To niby małe rzeczy, ale jednak zwracam na nie uwagę podczas czytania twórczości  Stephena. Tak już mam.
Przed napisaniem tej pseudo-recenzji szukałem opinii innych osób. Wiele z nich nie jest pochlebnych, chociaż trudno się dziwić. Wszystko zależy przecież od tego, z jakimi książkami autora zapoznaliśmy się najpierw, od tego, jakie mamy upodobania i tak dalej. Nie można ukryć, że „Komórka” nie pasuje do typowej twórczości Kinga, ale jak napisałem przy okazji pseudo-recenzji „Dooma”, do każdego utworu trzeba podejść w odpowiedni sposób, bo w innym przypadku możemy się zawieść. Dlatego radzę, żeby nie patrzeć na dorobek pana Stephena i radzę nie oczekiwać kolejnego horroru, podobnego do innych powieści.
Sprawdziłem także, że w ubiegłym roku pojawiła się ekranizacja tej powieści, ale wątpię, żeby była dobra. Skoro w rolę Toma wcielił się Samuel L. Jackson, który aktorem jest wybitnym, ale który zdecydowanie nie pasuje, to nie mam wielkich oczekiwań. Powiem tylko, że Tom był białym, niskim mężczyzną w okularach, który nie jest twardy. Czy wyobrażacie sobie, żeby Jackson łkał? Bo ja nie. Ale film na pewno kiedyś obejrzę i może spodziewać się jego pseudo-recenzji.
Dlaczego nie wystawiam oceny książce? Uważam, że to dość krzywdzące i może wprowadzić niepotrzebne kontrowersje, na których w ogóle mi nie zależy.
Podsumowując, uważam, że z „Komórką” warto się zapoznać, potraktować ją jako odskocznie od typowych książek Kinga.
Pozdrawiam serdecznie,
graf zer0.

10 komentarzy:

  1. Musimy koniecznie obejrzeć razem ten film!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze, to wątpię, żeby był tego wart... Ale jeśli nie będziemy mieli czegoś lepszego pod ręką, to czemu nie? ; )

      Usuń
  2. "Dlatego radzę, żeby nie patrzeć na dorobek pana Stephena i radzę nie oczekiwać kolejnego horroru, podobnego do innych powieści." - to jest akurat dość trudne. Sam należę do grupy krytyków tej książki. Mam wrażenie, że była pisana na autopilocie i jest sporo lepszych powieści Kinga. Rozczarowała mnie warstwa obyczajowa, która zwykle u tego pisarza stanowi mocny punkt. Podsumowując: solidna lektura do tramwaju i raczej nic więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć.

      Jeśli zaczęło się przygodę z czytaniem twórczości pana Kinga od przeczytania jego najlepszych książek, można się mocno zawieść na „Komórce”. Ja mam szczęście i do tej pory, nieświadomie, czytam te uznawane za raczej słabsze z jego dorobku.
      Wszystko też zależy od osobistych preferencji.
      Mnie najbardziej spodobał się pomysł z Pulsem i jego działaniem. Trochę ciekawsze rozwiązanie niż typowe zombie, które można spotkać w wielu filmach. I to uznaję za najważniejszą zaletę.
      Ale zgadzam się, arcydzieło to to nie jest.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń
  3. Do Kinga mam ambiwalentne uczucia, raz go uwielbiam, raz nie znoszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spotykam się z takimi opiniami, odkąd tylko zacząłem czytać jego książki. Fakt faktem wydał przecież masę powieści i opowiadań, więc niemożliwe, żeby wszystkie trzymały wysoki poziom. Dodatkowo King eksperymentuje z gatunkami, et cetera, a to także ma duży wpływ na odbiór jego twórczości.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń
  4. Kinga najbardziej lubię w wersji oryginalnej w ramach szkolenia języka ;).. , tłumaczonego jeszcze nie czytałam. Nie jest to MÓJ typ literacki jeżeli "komórka" odbiega od jego dotychczasowych dokonań to jest to dla mnie dużą zachętą do czytania ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem zbyt leniwy, by czytać po angielsku. Fakt faktem to rzeczywiście dobry sposób, by podszkolić język.
      No i nie zawsze można wierzyć tłumaczom, którzy przekładają powieści na polski.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń
  5. Tak, znasz za mało osób.
    Lubie Kinga w innym wydaniu niż horrorowym - tego gatunku znieść u niego nie potrafię, bo po prostu mnie nudzi ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć.

      Cóż, przyznam szczerze, że z twórczości Króla grozy najbardziej podobają mi się... opowiadania obyczajowe, jak chociażby "Skazani na Shawshank". Całe szczęście, że ma sporo różnych i godnych uwagi tekstów.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń

W sieci zanotowano wiele anonimowych wejść. Zostaw komentarz, by system mógł zacząć proces autoryzacji.