środa, 3 maja 2017

pseudo-recenzja książki - Miroslav Žamboch "Mroczny zbawiciel" tom I

Miroslav Žamboch to pisarz znany przede wszystkim z cyklu o Koniaszu. Swoją przygodę z jego twórczością zacząłem właśnie od zbioru opowiadań podzielonego na dwa tomy i wciśniętą pomiędzy powieść, również podzielonej na dwa tomy. Na ostatnią przygodę Koniasza przyszedł czas znacznie później, ale nie o tym dzisiaj mowa.

Chciałbym przedstawić poboczny, można by powiedzieć, projekt autora pochodzącego z Czech, jakim jest „Mroczny zbawiciel”.
Na początek pierwszy tom, drugi dopiero za jakiś czas. Tak, tutaj także są dwa i nie jestem pewien, czy to specjalny zabieg twórcy czy narzucona przez polskiego wydawcę forma. Obie części razem mają ponad sześćset stron, więc to może niechęć przed wydawaniem kobył, które ciężko się czyta? Ale mniejsza z tym.
Niektórych może dziwić specyficzny misz-masz gatunkowy i już tłumaczę, dlaczego do takich gatunków przypisałem „Mrocznego zbawiciela”
Postapokalipsa - akcja ma miejsce po apokalipsie, która tutaj zwana jest Krachem. Początkowo nie do końca wiadomo, co się wtedy wydarzyło. Niby można stwierdzić, że chodzi o Jezusa Chrystusa, który zstąpił na ziemię, by zbawić ludzi, ale ci… ponownie go ukrzyżowali. Każdy by się wściekł, prawda? A nasz J.Ch., jak jest nazywany, oszalał.
Bogowie to dość interesująca kwestia. Jest ich wielu z różnych mitologii i można powiedzieć, że bezproblemowo koegzystują. Niektórzy upadli, a ich miejsce zastąpili inni, a potęga poszczególnego bóstwa zależy głównie od liczby wyznawców. Dlatego ci zapomniani nie są tak silni, jak ci bardziej znani, popularni wśród ludzi.
Powoli jednak wkraczamy w wątki fantastyczne, o których nieco później.
Postapokalipsa odnosi się także do technologii, które kiedyś były znane, a po Krachu stały się rzadkością. Niestety główny bohater wymienia zaledwie kilka, kiedy sam się na nie napotyka. Niemniej ciężko szukać tak gęsto zaludnionych miast, jak obecnie spotykane; większość, które protagonista odwiedza podczas swoich przygód, to zdecydowanie małe mieściny.
Cyberpunk - są tutaj obecne implanty, swojego rodzaju wszczepy i manipulowanie przy genach, żeby stworzyć silniejszego i bardziej wytrzymałego człowieka. Paradoksalnie narrator podkreśla, że taka technologia nie jest zbyt łatwa do zdobycia, ale mimo to główny bohater nie ma żadnych problemów, by spotkać odrutowanych albo zmodyfikowanych ludzi. Czy cyborgi, bo te także się pojawiają w powieści. Dodajmy do tego sztuczną inteligencję i bioboty.
Niemniej nie jest to klasyczny cyberpunk; występują tutaj poszczególne rzeczy składające się na ten podgatunek fantastyki naukowej, lecz na tym kończą się podobieństwa. Chociażby wspomniane małe mieściny, które w cyberpunku z racji ograniczonej przestrzeni do życia nie mają racji bytu.
Fantasy - przede wszystkim magia i czarodzieje, którzy się nią posługują. Przede wszystkim istoty, która pasują do fantastyki: demony, upiory, duchy. Jak wspomniałem, to tylko (albo aż) domieszka.
Jeśli czytaliście przywołany przeze mnie cykl o Koniaszu, to poczujecie się jak w domu, obcując z „Mrocznym zbawicielem”. Główny bohater jest bardzo podobny pod względem charakteru, zachowań i przemyśleń do najemnika znanego z kart „Krawędzi żelaza” czy „Na ostrzu noża”. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że niemal identyczni. R.C., bo tak zwie się protagonista, to dość wysoki i oczywiście paskudny mężczyzna, którego brzydota niby powinna odrzucać kobiety, a jednak przyciąga. Nie jest to jednak typowy człowiek, o ile w ogóle można określić go takim mianem. Jedno Oko żyje własnym życiem, to jest, czasem współpracuje z głównym bohaterem, oferując mu dostęp do różnych funkcji, a czasem płata mu figle. Do tego ma Rękę albo raczej Kleszcze uformowane specjalną rękawicą na podobieństwo normalnej ręki, cholernie ostre i niebezpieczne. Oraz drugą, mroczniejszą osobowość, z którą często dochodzi do wewnętrznych starć.
Jego charakter jest specyficzny. Z jednej strony jest skłonny do zniszczenia całej wioski tylko dlatego, że mieszkańcy zaleźli mu za skórę, nie ma skrupułów przed zabiciem kogoś, kto mu się nie podoba, cały czas wspomina o tym, że jest zły i mroczny, a z drugiej jednak pomaga co poniektórym, ma gołębie serce i tak dalej.
Panuje powszechne przekonanie, że każdy dorosły facet ma swoje zabawki i w przypadku R.C. nie jest inaczej. Margaret to przerobiona półautomatyczna śrutówka, Greyson z kolei to miotacz granatów. Nie można zapomnieć także o Nożu o specyficznych właściwościach i lornetce marki Zeiss, która do działania wymagała zapłaty w postaci… kawałka mięsa użytkownika. Ani o wiernym wierzchowcu, biobocie wyprodukowanym przez Mitsubishi, chociaż to niekoniecznie zabawka. Główny bohater korzysta z nich bardzo często, szczególnie z Margaret, Greysona i Noża, gdyż…
Powieść jest obfita w różne walki. Jeśli R.C tylko na kogoś trafi, można się spodziewać, że po chwili zacznie się akcja i rzucą się sobie do gardeł. Žamboch bardzo dobrze radzi sobie z dynamiką i opisami starć, chociaż nietrudno jest odnieść wrażenie, że główny bohater opowiadający historię (narracja pierwszoosobowa) jest nieśmiertelny, nawet jeśli zostanie pocięty na kawałeczki. Nie ma większych problemów z pokonaniem kogokolwiek, mimo że autor często stara się pokazać, że te problemy w rzeczywistości jest, a sytuacje bez wyjścia zawsze jakieś wyjście mają. Dlaczego tak jest, wyjaśnia się dopiero pod koniec pierwszego tomu/na początku drugiego.
To jedna z bolączek pisarza. Drugą jest niekonsekwencja w tworzeniu świata, którą udało mi się zauważyć. R.C. wspomina o tym, że znalazł jakąś błyskotkę w dżungli w okolicach Dunaju, a w drugim tomie w Ostrawie temperatura spada aż do minus stu. Myślę, że to jednak zbyt mała odległość na tak duże różnice temperatur.
Zauważyłem także pewną zależność. Pierwszy tom podzielony jest na trzy części, akty czy jak to tam inaczej nazwać. Akcja w każdej z nich zaczyna się dopiero po tym, jak główny bohater znajdzie się… w karczmie. Stąd tytuł mojego opowiadania „Wszystko zaczyna się w barach”, które kiedyś ponownie pojawi się na blogu. Ogółem z perspektywy czasu widzę, że bardzo, ale to bardzo inspirowałem się „Mrocznym zbawicielem” podczas pisania „Wszystko zaczyna i kończy się w barach”. Kilka lat temu twórczość Žambocha zrobiła na mnie wielkie wrażenie, z czasem i głównie przez przeczytanie wielu lepszych książek straciła na wartości.
Dlatego polecam „Mrocznego zbawiciela” osobom, które nie są specjalnie wymagające. Jego warsztat nie wpędzi nikogo w depresję, że nigdy nie osiągnie się takiego poziomu, opisy nie znużą, bo jest ich stosunkowo mało, jeśli chodzi o otoczenie, et cetera. Nacisk położony jest na akcję i walki, czasem pojawiają się też sceny seksu, które w moim mniemaniu napisane są wyjątkowo kiepsko. Fabularnie zaś… wszystko sprowadza się do amnezji głównego bohatera, który przy każdej kolejnej przygodzie dowiaduje się coraz więcej o swojej przeszłości, poznaje starych znajomych, ma przebłyski wspomnień.
Poniekąd nie widzę sensu w pseudo-recenzowaniu drugiego tomu. Jest tam po prostu jeszcze więcej tego samego: walki toczą się co kilka stron, a R.C powoli zbliża się do rozwiązania zagadki o swoim jestestwie. Parę fabularnych twistów, które potrafią nieźle zamieszać w głowie. Jeśli spodoba się Wam pierwszy tom, to drugi zapewni jeszcze lepszą rozrywkę.
Pozdrawiam serdecznie,
graf zer0.

6 komentarzy:

  1. O Zambochu oczywiście słyszałam, ale podświadomi omijałam go szeroki łukiem, teraz już wiem, że moja podświadomośc podpowiadała mi słusznie. Wygląda na to, że w tej książce jest wszystko czego nie lubię :D Dobrze, że tu trafiłam i poznałam Twoją recenzję, teraz wiem, że nie zatrzymam się przy książkach tego autora na półce w bibliotece :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć.

      W sumie to moje pseudo-recenzje miały zachęcać ludzi do czytania różnych książek... ale nawet, jak zniechęcają, to i tak spełniają swoją rolę. Chociaż nie, bardziej zależy mi na przedstawieniu tych mniej znanych dzieł.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń
  2. Tyle zawsze dobrego słyszałem o tym autorze i nigdy nie miałem okazji zapoznać się z jakimś dziełem. Trza nadrobić!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć.

      Zdania są jednak podzielone. To książki dla mniej wymagających odbiorców; po raz pierwszy przeczytałem je, kiedy dopiero zaczynałem na poważnie wczytywać się w rozmaitą fantastykę. Wtedy Zamboch zrobił na mnie wielkie wrażenie, dzisiaj jednak widzę, że to przeciętniak.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń
  3. Pierwszy raz spotykam się z tym autorem. Przyznam, że ta pseudo-recenzja skutecznie mnie będzie przed nim bronić. Ale styl pisania aż wciąga! Chce się Ciebie czytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć.

      Yep, w polskim fandomie fantastyki Zamboch nie ma zbyt pozytywnej opinii. I trudno się dziwić, skoro jest masa innych, bardziej ambitnych powieści. Niemniej darzę tego autora sympatią, tym bardziej, że miał dość spory wpływ na moją twórczość.

      Skoro mój styl pisania aż wciąga, spodziewam się, że będziesz pojawiać się częściej. ; )

      Dziękuję bardzo za komentarz i serdecznie pozdrawiam,
      graf zer0.

      Usuń

W sieci zanotowano wiele anonimowych wejść. Zostaw komentarz, by system mógł zacząć proces autoryzacji.