piątek, 7 lipca 2017

wszystko zaczyna się w barach (cyberpunk)

Witam wszystkich.
Dawno niczego nie wrzuciłem. Najpierw brakowało mi odpowiedniego sprzętu, a gdy w końcu kupiłem nowego laptopa, w moim życiu wydarzyło się coś, co skutecznie odebrało mi chęci do pisania.
Ale dzięki uprzejmości Daviny Baine, która zgodziła się na sprawdzenie mojego tekstu, wrzucam pierwsze opowiadanie na tego bloga. Stare, bo stare, ale sentyment pozostał. 
Serdecznie zapraszam do czytania,
graf zer0.


Trzy osoby intensywnie wpatrywały się w jaskrawy ekran monitora, na którym widniało powiększone zdjęcie jakiegoś, można powiedzieć, że wręcz brzydkiego, mężczyzny. W miejscu, gdzie powinno być imię oraz nazwisko, znajdowały się tylko trzy duże znaki zapytania. Także wiek i inne ważne informacje nie zostały podane.
– Myślisz, że się nada? – zapytał mężczyzna stojący po prawej stronie. Miał na sobie  dobrze skrojony, czarny garnitur.
Osobnik siedzący na krześle naprzeciwko monitora zdjął okulary, odłożył je na biurko, i przetarł oczy. Ostatnie kilka dni spędził, przeglądając setki, jeśli nie tysiące, różnych osobistości i w końcu udało mu się znaleźć kogoś odpowiedniego. Miał już tego dosyć. Miliony literek przelatywały mu przed oczami niczym w popularnym niegdyś filmie „Matrix”.
– Bez znanej przeszłości, rodziny i nieciekawych faktów – odpowiedział, zmieniając pozycję na bardziej wygodną. Ręce założył za głowę.
– Pokaż nam jego historię – rzekł ten po lewej, również noszący garnitur, tyle że szary.
Okularnik westchnął i zakładając na nos szkła, nacisnął Enter. Powinien zainwestować w ulepszenie, dzięki któremu nie musiałby nosić okularów. Tylko skąd miałby wziąć forsę na takie cudeńko?
– Pusto – skonstatował Prawy.
– Otóż to. – Powstrzymał się z trudem przed klaśnięciem w dłonie. – Facet nie ma przeszłości – powtórzył się – i albo urodził się w biednej dzielnicy i nikt nie zainteresował się wpisywaniem jego danych w ogólną bazę, albo koleś jest na tyle inteligentny i przebiegły, że zatrudnił kogoś lub nawet sam zadbał o to, żeby zatrzeć wszystkie ślady. Pojawił się znikąd i nagle; nikt o nim nigdy wcześniej nie słyszał, ale szybko wyrobił sobie opinię osoby, która dotrzymuje raz danego słowa, jest lojalny i wykonuje zadania niemożliwe. Niewielu może pochwalić się czymś takim. Dlatego jeśli nie on, nie wiem kto inny mógłby zająć się tym, czego oczekujecie. Nie macie zbyt dużego wyboru. – Pozwolił sobie zauważyć to, co oczywiste.
– Dobrze. Damy mu szansę, ale tylko jedną, R. – Prawy zwrócił się do mężczyzny w szarym garniturze. – Każ naszym ludziom znaleźć, a następnie śledzić naszego przyszłego potencjalnego „pracownika”.
Jasne, wszystko musi się odbywać bez imion – pomyślał ponuro okularnik.
– Potem poddamy go małemu testowi, dzięki któremu dowiemy się, czy naprawdę nadaje się do naszego przedsięwzięcia – uzupełnił Szarak.
– Dziękujemy za pomoc. Nie jesteś już nam potrzebny. Możesz odejść. – Były to ostatnie słowa, które usłyszał siedzący na krześle mężczyzna. Sekundę później w jego głowie pojawiła się dziura po kuli, a echo wystrzału niosło się po całym ogromnym, pustym magazynie, aż w końcu ucichło…


.::.


Siedziałem zgarbiony przy ladzie, na jednym z wysokich krzeseł i zabijałem czas rozmową z barmanem. Wydawał się być nowy na tym stanowisku. Wyciągałem z niego informacje z taką łatwością, z jaką pozbawia się życia małego kotka, który jeszcze nie widzi. W dodatku całkowicie za darmo; ani razu nie usłyszałem tekstu w stylu „ta wiedza swoje kosztuje”. I bardzo dobrze. Forsą specjalnie nie śmierdziałem, choć na wódkę wystarczało. Bez poczucia winy wykorzystywałem jego brak doświadczenia.
Przyjrzałem mu się uważniej, co nie oznacza, że mniej dyskretnie.  Stał za ladą i brudną szmatką wycierał kieliszki, które wcale nie stawały się przez to czystsze. Barman nosił średniej długości włosy tak jasne, że aż niemal białe, ułożone w dziwną fryzurę, której nie dało się w żaden sposób opisać. Nos z niewielkim, prawie niezauważalnym garbem. Oczy o intensywnie niebieskim kolorze. Skóra o barwie podobnej do włosów. Raczej szczupły. Ubrany był w czarną koszulę z długimi rękawami i ciemnoczerwonymi guzikami, trochę za dużą jak na niego oraz w jasnoniebieskie jeansy, które poniekąd pasowały do jego oczu. Brak kolczyków i innych tego typu dodatków. Nawet przystojny, a to się liczyło w jego fachu. Kobiety powinny były go polubić, o ile potrafił prowadzić rozmowę na odpowiednim poziomie upojenia alkoholowego.
Przedstawił mi się jako Dave. To prawdopodobnie był jego pseudonim. Prawdziwego imienia nie podawało się ot tak, bez powodu. Oznaka dużego zaufania.
– Długo tu pracujesz, Dave? – zapytałem po dłuższym milczeniu z obu stron.
– Z jakieś dwa, może trzy miesiące – odpowiedział, odstawiając kieliszek i odwieszając ścierkę. – Ta robótka spadła mi jak pałka na głowę – znienacka. Kumpel dał cynk, że szukają, jak to sam określił, frajera na barmana. Chodzi o to, że praca jest ciężka. Wiesz, stoisz przy tej pieprzonej ladzie przez kilka długich godzin, musisz się ładnie uśmiechać podczas robienia drinków i znosić zaczepki, czy to ze strony napalonych kobiet, których cipki swędzą tak mocno, że zrobiłyby to nawet z zarzyganym krzesłem, czy zalanych w trzy dupy typków, którym nagle zachciało się wszczynać awantury. Jest to o tyle wkurwiające, że nasz ochroniarz woli się zabawiać na zapleczu z jedną z tych właśnie kobietek niż interesować tym, czy ktoś przypadkiem nie próbuje rozpierdolić naszego lokalu. – Wyszczerzyłem zęby, co Dave odebrał chyba za uśmiech głębokiego współczucia i zachętę do dalszego zwierzania się: – No i do tego te nędzne zarobki, ale lepsze to niż nic. Przynajmniej płacą w terminie, a to jest mi obecnie bardzo potrzebne…
Zdecydowanie był nowicjuszem. Za dużo gadał, jak na barmana. Poza tym chyba jeszcze nie wiedział, że dobry barman to jednocześnie dobry złodziej. Jeśli nie ma kamer, oprócz napiwków można wziąć także co nieco z kasy. Ewentualnie zainwestować we własny alkohol i ładować forsę do kieszeni. Zawsze to dodatkowe pieniądze. Ale najwidoczniej żaden z jego starszych kolegów nie uświadomił mu tego. Zresztą trudno było się dziwić. Kto normalny chciałby podzielić się własnym, niewysychającym źródełkiem forsy? Rzeczywiście szukali frajera…
Białowłosy rozgadał się na dobre, czasami przerywając, by napić się wody z czystej jego zdaniem szklanki stojącej na blacie lub zrobić klientowi drinka. Chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że po pewnym czasie przestałem go słuchać i pogrążyłem się w myślach. Role się odwróciły i to ja wysłuchiwałem historii barmana, a nie on mojej.
Nagle się jakby ocknąłem.
– Czy… – zawahałem się, starając przypomnieć sobie, jak wyglądała pewna osoba – często pojawia się tutaj niewysoki facet o paskudnej mordzie…
– Tutaj co drugi koleś ma paskudną facjatę – przerwał mi barman, śmiejąc się i podszedł do wołającej go kobiety. Ta nachyliła się i wyszeptała mu kilka słów prosto do ucha. Po chwili Dave wrócił do mnie.
– Kolejna „nieśmiała” propozycja – wyjaśnił, puszczając oczko.
– Zazdroszczę ci tego powodzenia u kobiet, Dave. – Pokręciłem głową. – Żadna babka jakoś nie chce wskoczyć do mojego łóżka. – Barman spojrzał na mnie badawczo, jakby szukał powodu, dlaczego tak się dzieje. Przyczyna była widoczna gołym okiem: miałem paskudną gębę, która powodowała jedynie obrzydzenie. Dlatego rzadko spoglądałem w lustro i rzadko kiedy byłem całkiem gładko ogolony. – Pozostają mi tylko dziwki, a nawet te wymagają ode mnie płacenia podwójnej ceny… – zamilkłem. Dawno nie odwiedziłem burdelu. Może to i dobrze? Kto by chciał latać potem ze swędzącą lub piekącą kuśką?
– Nie ma czego zazdrościć – westchnął i powrócił do wycierania kieliszków. – To męczące, gdy na siłę próbują się z tobą spotkać na małe co nieco. A odmówić strach, bo jeszcze któraś wpadnie na pomysł zgwałcenia mnie.
– Kobiety nie mogą nikogo zgwałcić – zauważyłem, drapiąc się po potylicy. Zgolonej prawie do zera. – Co najwyżej wykorzystać seksualnie.
– A jeśli ma penisa?
– Penisa? – zdziwiłem się. O czym ten gość pierdolił?
– No… w dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe. Nigdy nie miałeś sytuacji, że zastanawiałeś się, czy osoba stojąca przed tobą to facet czy laska? A potem, gdy przyglądałeś się jej kształtom, stwierdzałeś, że to na sto procent laska, a gdy ta się nagle odwracała, to wychodziło na jaw, że to jednak jest facet?
– Nie.
– Widzisz, a ja miałem. Dlatego nawet nie zdziwiłbym się, jakbym ściągnął jednej spodnie, chcąc zrobić jej minetę, a w twarz uderzyłby mnie sterczący fiut. Nie byłoby to zbyt fajne. Takie kobiety zdecydowanie nie są w moim guście. Wolę te z cyckami i pachnącą cipką.
– Wracając do mojego pytania… – próbowałem zmienić temat.
– Ach tak, mów… Jak się w ogóle nazywasz?
– Damon – rzuciłem pierwsze lepsze imię, jakie mi przyszło do głowy. – Niewysoki, brzydki jak stara kurwa. Brakuje mu dwóch przednich zębów, górnych. Wiecznie ma w ustach wykałaczkę. Myśli, że to pomoże rzucić mu fajki. Zazwyczaj nosi sprany, czarny garnitur.
– Hmm. – Barman zamyślił się, machinalnie wycierając te nieszczęsne kieliszki. – Chyba wiem, o kogo chodzi. Przychodzi co drugi dzień z trzema przydupasami, zajmuje całą ladę i zazwyczaj zamawia butelkę whisky za trzy stówy. Płaci gotówką. Bogaty skurwysyn.
– Kiedy się pojawi? – zapytałem, prostując się. Pojawiła się szansa na konkretne informacje.
– Masz szczęście, chłopie. Powinien dzisiaj… – Zawiesił głos. – Właśnie wszedł.
Nie odwróciłem się. Spojrzałem za to w lewo, a potem w prawo. Kobieta, która chciała się bzykać z barmanem, ulotniła się. Innych klientów, którzy siedzieli przy ladzie, także nie widziałem.
– No, no… – mruknąłem.
– To, co zawsze, Dave – usłyszałem głos tuż za sobą.
Po chwili ktoś usiadł obok mnie.
Chwyciłem w dłoń szklankę barmana, uważając, żeby jej nie zbić.
– Dlaczego ten fagas siedzi przy MOJEJ ladzie? – zapytał nowoprzybyły, dobitnie kładąc nacisk na słowo „mojej”. Seplenił.
Nie przychodziła mi do głowy żadna cięta riposta. Nie było na to czasu. Chciałem tylko wyrównać rachunki. W końcu po to tutaj przyszedłem.
– Musimy porozmawiać. – W moim głosie słychać było przejmujący chłód. Nie żartowałem. Nie miałem także na myśli przyjemnej pogawędki.
– Załatwcie to na zewnątrz – wtrącił Dave. Zdążył odłożyć wciąż brudny kieliszek i ręce schował pod ladą. Pewnie trzymał tam jakąś broń, strzelbę czy inne obrzyny.
Zostawiłem w spokoju jego szklankę. Nawet pomimo mojej ostrożności na szkle pojawiła się mała siatka pęknięć.
– Jasne, Dave. – Wstałem. Bezzębny również. Byłem od niego wyższy o ponad głowę.
Przelotne spojrzenie na jego ochroniarzy, czy kim oni tam byli. Mieli na sobie ciemne płaszcze do kostek i z wysoko postawionymi kołnierzami.
W tym przypadku to oni byli więksi. Moje skromne metr osiemdziesiąt przy nich było niczym. Ale wciąż mogłem wyjść z tego cało. Poza tym, nie miałem niczego do stracenia. Oprócz życia, oczywiście, które bardziej niż egzystencję, przypominało rozpaczliwe utrzymywanie się na powierzchni, żeby przypadkiem nie zapaść się po uszy we wszechobecne gówno.
– Panie przodem. – Wykonałem zamaszysty ruch ręką. Nie zamierzałem iść jako pierwszy, takim idiotą nie byłem. Nie miałem ochoty tuż po wyjściu zarobić kosy pod żebro. Wiem, że byli do tego zdolni. Natomiast z mojej strony nic im nie groziło. Byłem nad wyraz honorowym skurwielem. Tylko honor mi pozostał.
O dziwo posłuchał. Chyba nie spodziewał się, że rzucę się na niego w barze.
Przed wyjściem na zewnątrz założyłem na twarz prowizoryczną maskę. Zasłaniała jedynie usta i nos, a wykonana była z brudnej szmatki.
Znaleźliśmy się na jak zwykle zatłoczonej i hałaśliwej ulicy. Ludzie szli w nieznanych mi kierunkach, nowoczesne pociągi jeździły nad głowami, a samochody dokładały spalin do atmosfery,. W tym mieście chyba nikt nie słyszał o metrze. Panowało tutaj przekonanie, że ziemia służy jedynie do chowania zwłok, których i tak było za dużo w biedniejszych dzielnicach. Niektóre z nich zostały przekształcone w ogromne cmentarze, gdzie nikt nie martwił się brakiem nagrobków. Pozbywali się ciał i guzik ich interesowało, czy zostaną przez kogoś zjedzone, czy może zgniją albo powstaną i będą chciały dobrać się do naszych mózgów, jak to bywało w starych filmach o żywych trupach.
Skierowali kroki w jedną z ciemnych uliczek. Pewnie myśleli, że nie będę niczego widział. Otóż mylili się. Moje oczy, dzięki jednej dość skomplikowanej operacji, przypominały te, które miały koty. Rozszerzające się źrenice, widzenie w ciemnościach, częściowa odporność na oślepienie przy pomocy ostrego światła. To była bardzo przydatna modyfikacja, musiałem przyznać. Nigdy nie żałowałem wydanej na nią forsy i wątpiłem, żeby moje zdanie zmieniło się w przyszłości.
– A więc o czym chciałeś tak pilnie porozmawiać? – zapytał Bezzębny, który schował się za plecami ochroniarzy.
– Wydymałeś mnie. – Nie dosłownie oczywiście. Mój głos był nieco zniekształcony przez maskę. – Dostarczyłem towar zgodnie z naszą umową. Dotarł na czas w idealnym stanie, ale kasy nie dostałem.
– Najwyraźniej nie zasługiwałeś.
– Dlatego przyszedłem odebrać swoją zapłatę – wycedziłem. Przeniosłem ciężar z jednej nogi na drugą, a potem z powrotem. Mój mały sposób na rozluźnienie się przed walką.
W odpowiedzi usłyszałem tylko:
– Myślisz, że ci ją ot tak dam? Jesteś frajerem. – Nie widziałem jego twarzy, ale podejrzewałem, że w tym momencie paskudnie się uśmiechał. – Frajerem, który dał się wykorzystać jak nastoletnia dziewczynka. Ja cię wyruchałem, wyrucha cię następny. Takie już jest życie i tego nie zmienisz.
– Nie zmienię? Przekonamy się. – Starałem się zachowywać spokój. Nie lubiłem, kiedy emocje brały górę.
– Nie bądź śmieszny. Jest trzech przeciwko jednemu.
– Trzech? Czyżbyś miał cipkę zamiast chuja i bał się walczyć ze mną?
Westchnął głośno.
– Myślałem, że jesteś mądrzejszym frajerem. Jak widać, myliłem się. Nie będę sobie brudził rąk takim gównem jak ty. Chłopcy, pozbądźcie się go.
Goryle wyciągnęli spod płaszczów maczety.
Robiło się ciekawiej.
Odskoczyłem do tyłu, by zwiększyć dystans między nami. Mogłem wcześniej zdjąć wojskowy sweter z kilkoma kieszeniami i łatami na łokciach. Tak to tylko go potną. A szkoda, bo nawet go polubiłem. Zresztą, kto by nie lubił swetra za stówę?
Mieli co prawda maczety, ale to ja wciąż miałem przewagę, o której na swoje nieszczęście nie wiedzieli. Nie miałem zwyczaju informować każdego o swojej „tajemnicy”. W dodatku było ich trzech. Z doświadczenia wiedziałem, że na ulicy walczy się łatwiej, gdy nie ma się przewagi liczebnej. Wątpiłem, żeby ci trzej byli ze sobą zgrani. Byłem pewny, że będą na siebie wpadać i nie będą się nawzajem osłaniać. Jakże się myliłem…
Pierwszy z nich wysunął się przed resztę i zamachnął. Z łatwością uniknąłem ostrza, nurkując pod jego ramieniem. I to był pierwszy błąd, jaki popełniłem podczas tej walki. Jak ostatni idiota wystawiłem się prosto na cios, którego nie miałem jak uniknąć. Musiałem zasłonić się ręką. Poczułem siłę uderzenia, która prawie zwaliła mnie z nóg. Na szczęście wytrzymałem.
Moją tajemnicą był incydent z przeszłości…
Ostrze przecięło sweter, skórę pewnie też, ale nic więcej. Odbiło się od ręki. Osiłek musiał być bardzo zaskoczony. Pewnie spodziewał się, że maczeta wbije się w przedramię, sprawiając mi ogromny ból, a krew popłynie szerokim strumieniem zalewając jego twarz. Nic z tych rzeczy.
Zrobiłem kolejny unik i znów odskoczyłem na umowną bezpieczną odległość.
Wszystko to miało na celu wybadanie przeciwników. Wiedziałem po tym, że bez wątpienia mieli krzepę. I nawet taktykę. Ponumerowałem ich sobie dla łatwiejszego planowania. Pierwszy zadawał cios, sprawiając, że musiałem go zablokować albo uniknąć, wystawiając się wtedy na atak Drugiego albo Trzeciego. Potrafili wykorzystać okazję, ale czy byliby w stanie poradzić sobie z blefem?
Stali w trójkącie; Pierwszy z przodu, pozostali dwaj z tyłu. To ułatwiło mi zadanie.
Ruszyłem na Pierwszego, szykując się do zadania ciosu lewą ręką. W ostatniej chwili obróciłem się na prawej nodze, co pozwoliło mi na przybliżenie się do Drugiego i uzyskanie odpowiedniej siły do uderzenia prawą ręką. Jego twarz zapadła się z nieprzyjemnym dla ucha chrupnięciem. Musiałem zmiażdżyć mu większość kości. Żaden z nich nie był przygotowany na coś takiego. Udało mi się ich zaskoczyć, pozbyć jednego z przeciwników.
Rzuciłem się w przód, przeturlałem się i znalazłem obok ich szefa, który miał czelność mnie oszukać. Goryle stali i patrzyli na mnie, jakby nie wiedzieli, czy walka dalej trwa, czy została już zakończona po zabiciu ich kumpla.
– Może teraz oddasz mi pieniądze? – zapytałem, wstając. Mogłem go wtedy spokojnie i prawie bez problemów zabić. Prawie, bowiem jego przydupasy pewnie chciałyby pomścić swojego pracodawcę. Tak czy siak, w żaden sposób nie mogłem uniknąć konfrontacji z pozostałą dwójką.
Bezzębny pokręcił głową, dając mi znak, że przedstawienie dalej trwa. Zapewne głęboko wierzył w wygraną swoich ludzi, mimo że już jednego załatwiłem. Wątpiłem, by mieli więcej szczęścia niż Drugi. Ale nie wątpiłem, że mogą dostarczyć mi większej rozrywki.
Nie byłem do końca przekonany, czy ten skurwysyn nie zechce niespodziewanie przyłączyć się do walki i nie przejedzie mi niczym ostrym po plecach. Dlatego chciałem wrócić do wcześniejszej sytuacji i mieć ich wszystkich na widoku.
Ochroniarze chyba wyczuli moją intencję i zrozumieli moje położenie, bo stanęli obok siebie, chcąc zagrodzić mi drogę. To nie było po mojej myśli. Próba przeskoczenia nad nimi byłaby głupia. Został mi jedynie wślizg, chociaż to też było skazane z góry na niepowodzenie.
„Co robić, co robić”, zastanawiałem się gorączkowo.
Gdyby nie to, że byłem wtedy w środku walki, uderzyłbym się lewą ręką prosto w swój pusty łeb. Kto stał obok mnie, no kto? Bezzębny, rzecz jasna. Mogłem go przecież ogłuszyć, eliminując jakiekolwiek zagrożenie z jego strony. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Zaoszczędziłoby mi to trochę czasu zmarnowanego na bezskuteczne rozmyślanie nad wyjściem z opresji.
Przypadłem do mężczyzny i z miejsca, nie wahając się, przyłożyłem mu w brzuch słabszą ręką. Zgiął się z bólu. Dzieła dokończyłem łokciem; niezbyt subtelnie, ale za to jak bardzo skutecznie. Koleś padł na ziemię, chyba od razu tracąc przytomność.
Odwróciłem się odrobinę za późno. Pierwszy nie próżnował i ruszył na mnie. Złapał mnie za gardło, podniósł i z rozmachem rzucił. Uderzyłem plecami o cholernie twardą ścianę i spadłem na ziemię. Moje zmysły zwariowały. Na dłuższą chwilę zabrakło mi tchu. Musiałem się jednak pozbierać, inaczej byłoby ze mną krucho.
Udało mi się w porę odzyskać wzrok i zobaczyć, że Trzeci szykuje się, by pomóc mi w popełnieniu seppuku. Niewiele myśląc, złapałem za ostrze maczety i złamałem je. Olbrzym spojrzał na nie z niedowierzaniem i odrzucił bezużyteczną już broń. Czym prędzej zakasał rękawy, oczywiście w przenośni i już szykował się do rozbicia mojej głowy jak melona. Nie spodobał mi się ten pomysł, więc przeturlałem się, czując narastający z każdym ruchem ból w kręgosłupie.
Po tym wszystkim musiałem skontaktować się z dobrym kręgarzem.
Spiąłem się w sobie i obróciłem, by móc kopnąć osiłka w rzepkę. Udało mi się, lecz nie do końca tak, jak sobie zamyśliłem. Trzeci zwalił się na mnie całą swoją masą. Nie wiedziałem, czy ważył tonę czy może kilka, ale z pewnością lekki to on nie był. Teoretycznie stało się dobrze. Przynajmniej miałem pewność, że przeżyję kilka kolejnych chwil. Pierwszy raczej nie chciał zaryzykować trafienia w swojego towarzysza.
Myliłem się.
Uderzył.
Krzyk przepełniony bólem uświadomił mi, że to nie ja zostałem trafiony. Próbowałem zepchnąć olbrzyma z siebie.
Kolejny krzyk.
Najwidoczniej Pierwszy miał w dupie to, że trafiał w Trzeciego. Albo po prostu chciał za wszelką cenę mnie dorwać. Wiedziałem, że w końcu mu się uda.
Byłem szybszy. Zepchnąłem z siebie ciało goryla, odturlałem się i podniosłem na nogi.
Niestety popełniłem ten sam błąd po raz drugi. Odsłoniłem się. I znów sparowałem cios za pomocą ręki. Tym razem nieudolnie. Siła, z jaką uderzył Pierwszy, sprawiła, że musiałem przykucnąć. Trzy sekundy potem moje plecy ponownie zetknęły się z zimną powierzchnią ściany. Otrzymałem solidnego kopniaka, który mój przeciwnik chciał poprawić lewym prostym.
Uchyliłem się. Pięść, zamiast spotkać się z moją twarzą, spotkała się z czymś twardszym. Wykorzystałem moment, zanurkowałem, zaciskając zęby z bólu i wyprowadziłem silny podbródkowy. Olbrzym przechylił się ładnie do tyłu, wypuszczając brońi rozłożył się wygodnie na ziemi. Sam też klapnąłem.
Trzeci dalej krzyczał. Musiał jednak chwilę poczekać.
Minęło może pięć, a może pięćdziesiąt minut, zanim się pozbierałem. Niezbyt długa walka kompletnie mnie wykończyła. Miałem ochotę wyrzygać obiad, ale się powstrzymałem.
– Nigdy więcej takich przygód – mruknąłem, opierając się ręką o ścianę i powoli wstając. Wiedziałem jednak, że tej obietnicy nigdy nie dotrzymam. Znałem siebie zbyt dobrze.
Podniosłem maczetę i ukróciłem męki Trzeciego, wbijając ostrze w serce. Natomiast nadal nieprzytomnemu Pierwszemu poderżnąłem gardło. Drugi nie potrzebował żadnych poprawek. Narzędzie zbrodni położyłem na jego brzuchu. Niepotrzebna była mi taka duża kosa.
Następnie podszedłem do Bezzębnego, zastanawiając się, co z nim zrobić. Miałem małą ochotę obudzić go, a potem udusić, rozkoszując się jego powolną agonią. Uznałem jednak, że tego wieczora pozbawiłem życia „zadowalającą” ilość osób i kolejna ofiara na moim koncie była zbędna. Przeszukałem tylko tego gnojka. Znalazłem dwa pliczki banknotów. Skwapliwie przeliczyłem. Równo dwa tysiące baksów, trochę brudnych. Aż zagwizdałem z wrażenia. Do tego dragi. Otworzyłem woreczek i wysypałem zawartość na ziemię. Nigdy nie lubiłem narkotyków.
Stałem tak i patrzyłem na tego człowieczka, który mnie oszukał. Splunięcie na niego by mi nie wystarczyło, zabicie było przesadą. Mogłem odciąć mu kilka palców albo ucho. Mogłem wypróżnić się na niego i nie miałem na myśli sikania. Mogłem zrobić z nim wiele rzeczy, dopóki był nieprzytomny, ale jakoś straciłem ochotę. Jedynie kopnąłem go na odchodne. Muszę przyznać, że mi wtedy ulżyło.
Sprawdziłem wygląd swojego swetra. Prawy rękaw był w nie najlepszym stanie. Podejrzewałem, że skóra na protezie wyglądała podobnie. Musiałem udać się do staruszka, żeby coś z tym zrobił. Miałem zamiar pokazywać się w miejscach publicznych, ale nie chciałem przy tym zdradzać, że mam mechaniczną rękę.
Przeceniłem kiedyś swoje możliwości i wyzwałem na pojedynek jednego faceta. Nie spodziewałem się, że może być aż tak szybki. Zresztą, wtedy byłem młody i głupi, myślałem, że jestem najlepszy na świecie. Źle myślałem. Wszystko skończyło się na tym, że leżałem na ziemi, zwijając się z bólu i trzymając się za kikut prawej ręki. Próbowałem zatamować krwawienie. Jak to w takich przypadkach bywa, straciłem przytomność. Gdy się obudziłem, jakiś stary i szalony dziadek kończył montować mi protezę z jakiegoś kurewsko wytrzymałego materiału. Nie znałem się na tego typu bzdetach. Nawet nie wiedziałem, skąd wytrzasnął takie cacko. Po udanym zabiegu owlekł protezę skórą, prawdopodobnie zdjętą z jakiegoś trupa. Przez jakiś czas prawa ręka różniła się kolorem od lewej. Normalne.
Co najlepsze, staruszek nie zażądał pieniędzy. Powiedział, że po prostu chciał mi pomóc i to, że jestem zadowolony z niespodziewanego „prezentu”, było dla niego wystarczającą zapłatą. Jak miałbym być niezadowolony, skoro dostałem protezę ręki? Od tamtej pory nie musiałem nosić przy sobie kosy. Nie była potrzebna.
Próbowałem wypytać dziadka o tę całą sytuację z ręką i o to, dlaczego mi pomógł. „Bo byłeś w potrzebie”, odpowiedział mi wtedy. Inne próby dowiedzenia się czegokolwiek spełzały na niczym. Staruszek nie chciał puścić pary z ust. Jakkolwiek dziwne by to nie było, pogodziłem się z myślą, że za darmo załatwiono mi mechaniczną rękę. Zdjąć jej nie mogłem, chyba że do końca obciąłbym sobie kończynę.
Postanowiłem bardziej zagłębić się w ten temat i popytać ludzi odnoście niesamowicie wytrzymałych materiałów. Przez swoją ciekawość zostałem wciągnięty w wir walki o przeżycie i zdobycie forsy, by opłacić czynsz. Nigdy nie zamierzałem spać w jednej z wielu ciasnych kapsuł mieszkalnych.


.::.


Parę dni później siedziałem w tym samym barze. Analizowałem wszystko, co wydarzyło się przez ten czas.
Następnego dnia po incydencie w zaułku złożyłem wizytę staruszkowi, który w zamian za butelkę nielegalnie pędzonego bimbru zajął się moją ręką. Powiedział mi, że jeśli chcę, mogę dostać drugą. Warunek był oczywiście jeden: musiałbym pozbyć się tej naturalnej. Nie skorzystałem z propozycji. Nie chciałem powoli zmieniać się w maszynę. Wolałem zostać człowiekiem. Kolejna próba dowiedzenia się, skąd brał materiał na protezy był, skończyła się niepowodzeniem. Dziadek milczał, a ja postanowiłem nie drążyć tematu.
Po zabiegu usiedliśmy i oddawaliśmy się rozmowie. Po jednej flaszce na stole pojawiła się druga. Wizyta przedłużyła się i zamiast wieczorem, z mieszkania dziadka wyszedłem sporo po północy.
Noc była o tyle paskudną porą, że na ulicach urzędowali wtedy chyba wszyscy przedstawiciele tak zwanych „grup społecznych”. Zbieracze, którzy, jak sama nazwa wskazuje, zbierali trupy i sprzedawali je Grabarzom, ghoule, które walczyły ze Zbieraczami o zwłoki, różnego sortu przestępcy, dilerzy, złodzieje i inne tego typu indywidua. Takie uroki dzielnic, w których rządził półświatek, w których stróżowie prawa nie mieli czego szukać.
Jak zwykle miałem kurewskie szczęście i natrafiłem na małą bójkę. Tym razem to nie ja brałem w niej udział, a szkoda, bo stawka była dość wysoka. Musiała być, bo o jakiegoś zwykłego chłopaka nikt się raczej nie spinał. A tu od razu panowie przeszli do rękoczynów. Łysy z jakimś mniejszym od siebie typkiem. Nie wybrałem faworyta. Skrzyżowałem ręce na piersi i po prostu obserwowałem. Miałem zamiar tam wparować, ale po usłyszeniu słowa Sfora szybko się zmyłem. Nie chciałem mieć nic wspólnego z tymi skurwielami.
Nie zrozumcie mnie źle, nic do nich nie miałem. Oni mnie szanowali, ja szanowałem ich, ale zarówno ja, jak i oni zajmowaliśmy się czymś zupełnie innym. Oni rozprowadzali dragi po mieście i ogólnie rządzili nim, ja natomiast starałem się przeżyć i nie pozwolić nikomu wygryźć się z pozycji ani podważyć mojej reputacji. Dwa inne światy. Dlatego trzymaliśmy się od siebie z daleka.
Innym ciekawym wydarzeniem była noc spędzona w objęciach nadzwyczaj czystej dziwki. Seks oczywiście z zabezpieczeniem. Nie wybaczyłbym sobie, jakbym złapał jakieś świństwo. Miałem swoje zasady, których nigdy nie łamałem. Co, jeśli poznałbym uroczą kobietę i chciałbym mieć z nią dzieci? No właśnie. Dlatego prowadziłem staranną selekcję oraz odpowiednio się zabezpieczałem. Sam stosunek był taki sobie. Dziwka nawet się nie starała. Położyła się na łóżku i leżała niczym kłoda. Czułem się, jakbym rżnął jeszcze ciepłego trupa. Jęczała mi tylko co jakiś czas do ucha, udając, że jest jej dobrze. Nie było. Chciałem zaspokoić tylko swoją chuć. Niestety, trochę mnie poniosło i zupełnym przypadkiem zmiażdżyłem jej krtań, powodując tym samym późniejszą śmierć prostytutki. Niezbyt się tym przejąłem. Przynajmniej zaoszczędziłem forsę na wizycie.
Odpuściłem sobie przeszukiwanie mieszkania. Pewnie głupio postąpiłem, bo mogłem znaleźć całkiem ciekawe fanty albo trochę gotówki, ale cóż, nie chciało mi się. Wychodząc, zostawiłem drzwi otwarte na oścież. Może jakiś sąsiad zainteresował się i pozwiedzał? Może nawet skorzystał z uroków jej ciała? Brzydka przecież nie była. A wtedy naprawdę mało kto wybrzydzał.
Resztę dni spędziłem w swoim małym mieszkaniu, wkurwiając sąsiadów dźwiękami wydobywającymi się z głośników, na które wydałem sporą sumkę. Mogłem przymierać głodem, mogłem być wypieprzany z lokalu za niepłacenie czynszu, ale wypasione głośniki musiałem mieć. To było moje małe zboczenie. Albo hobby? Nie miałem zielonego pojęcia.
Wiedziałem za to, że moim sąsiadom hardcore w ogóle nie przypadł do gustu. Wiedzę tę skrzętnie wykorzystywałem, podwyższając im ciśnienie do maksimum. Dobijali się do drzwi, próbowali je wyważyć, ale nic z tych rzeczy. W nie także zainwestowałem kupę kasy. Byłem pewien, że nawet pocisk wystrzelony przez jeden ze starych czołgów by ich nie rozwalił.
– Załatwiłeś tego kolesia? – Z rozmyślań wyrwał mnie barman, który pochylił się nad ladą.
– A ty przeleciałeś tamtą napaloną laskę? – odbiłem piłeczkę, gapiąc mu się prosto w oczy.
– Nie. – Pokręcił głową.
– No to masz odpowiedź.
– Ot tak mu odpuściłeś? – Dave nie wydawał się być przekonany. Chyba domyślał się, że należałem do tego gorszego sortu.
– Nie. Sprawiłem jedynie, że w przyszłości nie spróbuje żadnych sztuczek.
Opowiedziałem mu ze wszystkimi szczegółami przebieg walki sprzed kilku dni. Nie omieszkałem się także podzielić tym, co miałem wtedy zamiar zrobić z Bezzębnym.
– Poczekaj chwilę – powiedział, gdy skończyłem i znikł na zapleczu. Kilka chwil później wrócił z zakurzoną butelką w dłoni. Przetarł ją brudną szmatką i spojrzał na napis. Cmoknął z zadowoleniem, otworzył flaszkę i nalał zawartości do kieliszka, który potem postawił przede mną. – Na mój koszt. – Odwrócił się.
Wzruszyłem ramionami, nie wiedząc, skąd u niego taki nagły przypływ dobroci i opróżniłem kieliszek. W gardle poczułem przyjemne ciepło, które zawędrowało do żołądka, a dopiero potem ohydny smak tego, co właśnie wypiłem.
– Kurwa, co to jest? – Skrzywiłem się. Blondyn znów stał przodem do mnie, trzymając w ręce jakiś pokrojony owoc.
– Cholera by cię wzięła – warknął na mnie. Zdał sobie sprawę ze swojego błędu, po czym momentalnie na jego gębie pojawił się przyjazny uśmiech. – To się pije i zagryza od razu limonką, by zabić smak. – Podał mi ćwiartkę. Było troszkę za późno, ale jednak wbiłem zęby w owoc, ssąc go. Pomogło. – To tequila.
– Paskudna – stwierdziłem.
– Ano – zgodził się ze mną, gdy sam się napił. – Dlatego przydatna jest limonka.
– Powtarzasz się – zarzuciłem mu.
– Może w ten sposób zapamiętasz. – Znowu uśmiech. Spojrzał na wejściowe drzwi. – Oho, chyba masz kłopoty.
Mogłem zapytać, skąd ta pewność. Ale wątpiłem, żeby w przeciągu tych paru dni ktoś inny skasował trzech gości. Zamiast tego zapytałem:
– Ilu?
Odpowiedź mnie nie zadowoliła.
– Sześciu.
Sfora, pomyślałem.
I jak to zwykle bywało w moim życiu, nie myliłem się.
– Zmywaj się na zaplecze. Niczego ci nie zrobią. Będą na ciebie przychylniej patrzeć, jeśli okażesz uległość i nie będziesz się mieszać – poradziłem mu.
Posłuchał.
– Sfora ma dla ciebie propozycję – usłyszałem, zanim zdążyłem się obrócić. Spojrzałem na największego z nich, który wyglądał na przywódcę. Panowała u nich hierarchia, zupełnie jak u wilków. Pewnie dlatego przyjęli taką, a nie inną nazwę.
– Nie zamierzam roznosić dla was dragów – uciąłem krótko.
Uśmiechnął się. To nie wyglądało zbyt pięknie.
– Nie chodzi o narkotyki.
– To o co? –  warknąłem. Pomimo najszczerszych intencji, zaczynałem się wściekać.
Naprawdę chciałem, żeby Pieski trzymały się ode mnie najdalej, jak to jest tylko możliwe. Ale jak widać, to było, kurwa, niemożliwe.
– Chcemy, żebyś dla nas pracował…
– Nie – przerwałem mu. Jego przydupasy spojrzały na siebie znacząco. Odmowa nigdy nie była mile widziana. Ci, którzy odmówili, także nie byli już później widziani. 
– Widzieliśmy, jak załatwiłeś tego dilera…
– Nie załatwiłem – znowu mu przerwałem. – Zostawiłem go żywego.
– Czyżby? – Przywódca uniósł brwi. – To dlaczego leżał w rynsztoku z wnętrznościami na wierzchu?
Wzruszyłem ramionami.
– Nie moja sprawka. Może próbował wydymać kogoś innego i ten ktoś się wkurwił. Gówno mnie to obchodzi. Nie przystanę na waszą propozycję.
– Czyli będziemy musieli cię do tego zmusić…
– Nie możecie mi nic zrobić – wycedziłem. – Obowiązuje nas pakt, którego żadna ze stron nie może złamać.
– Jesteś tego taki pewien?
– Wywołacie wojnę.
– Którą przegrasz.
– Zobaczymy.
– Zobaczymy. – Przywódca zagwizdał na swoich przydupasów i odeszli, po drodze przewracając kilka stolików wraz z klientami, którzy przy nich siedzieli.
Wiedziałem, że nie zerwą paktu ot tak, bez powodu. Za bardzo cenili swoją renomę i dotrzymywanie słowa. Bez naruszenia żadnego z punktów mogli mi naskoczyć. Mogłem się jednak spodziewać, że na pewno wymyślą coś, żebym tylko dla nich pracował.
Tymczasem wróciłem do picia ohydnej tequili.
– Wjebałeś się w niezłe gówno, Damon – powiedział barman, który najwidoczniej słyszał wszystko z zaplecza.
Potrzebowałem czegoś mocnego. Wychyliłem jeden kieliszek, potem drugi i trzeci. Bez limonki.


//Ciąg dalszy w opowiadaniu "Wszystko kończy się w barach".//

5 komentarzy:

  1. Cholerka, kawał fajnej historii!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się spodobało.

      Pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń
  2. Pozostawiam na wieczorne czytanie, tak na spokojnie. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
  3. Kawał świetnej roboty! Czekam z niecierpliwością na więcej opowiadań :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć.

      Dziękuję bardzo za uznania. W przyszłości pewnie się coś pojawi, a przynajmniej taką mam nadzieję.

      Pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń

W sieci zanotowano wiele anonimowych wejść. Zostaw komentarz, by system mógł zacząć proces autoryzacji.